Czym fotografowałem?

wpis w: O mnie... | 0

1975

Wszystko zaczęło się od mojego Taty…

Około roku 1975, kiedy zaczynałem zadawać rodzicom trudne pytania i wszystko w około bardzo mnie interesowało, zauważyłem jak mój Tata robi od czasu do czasu coś dziwnego. Nosił na ramieniu, w skórzanym pokrowcu o dziwnym kształcie, na cienkim skórzanym pasku coś, co od czasu do czasu wyjmował, długo myślał, oglądał, przestawiał różne pokrętła, patrzył na niebo, odczytywał coś na śmiesznym plastikowym kółku, znowu coś regulował, przykładał do oka, kazał mi się ustawiać w różnych dziwnych miejscach, a to na trawie, a to na skale, a to w parku… a następnie chowa to coś do skórzanego pokrowca o dziwnych kształtach, bierze mnie za rękę i idziemy dalej…

Zenit S
Zenit S

Oczywiście niedługo później kazałem sobie wytłumaczyć co to wszystko ma znaczyć.
Mój Tata zawsze miał niesamowitą umiejętność tłumaczenia i uczenia. I niedługo po tym, to ja spoglądałem w niebo, odczytywałem na plastikowym kółku parametry ekspozycji, odległość, przysłonę, czas migawki, to ja kazałem mu ustawiać się w różnych dziwnych miejscach, uśmiechać się i w końcu wciskałem spust pięknie wykonanego aparatu produkcji ZSRR – Zenit S, który niestety wiele lat później, jak też i wiele innych pamiątek rodzinnych, został nam ukradziony. Ot Piękna nasza Polska cała…

 

1979

Pierwsza komunia to moment, w którym dzisiaj dzieci dostają komputery, tablety, konsole do gier, smartfony i temu podobne urządzenia. W latach 70tych XX wieku, na komunię standardowo dostawało się pierwszy zegarek, a jak ktoś miał szczęście to dostawał od rodziców rower. Ja dostałem od mojego ojca chrzestnego mój pierwszy aparat fotograficzny. Oczywiście to również była produkcja z za naszej wschodniej granicy, bo w tamtych czasach graniczyliśmy na wschodzie ze Związkiem Radzieckim. Niewiele też osób stać było na aparat niemiecki czy japoński. Nas stać nie było. Moim pierwszym aparatem była Vilia-Auto. Czyli aparat, w którym praktycznie nic się nie ustawiało by zrobić zdjęcie. Wystarczyło naciągnąć sprężynę i zwolnić spust migawki, która z dość głośnym pstrykiem otwierała się i zamykała i na kliszy rejestrowało się zdjęcie.

VILIA AUTO
VILIA AUTO

1983

Przełom! W sklepach pojawiły się aparaty innego typu niż to, co znaliśmy do tej pory. Lustrzanki! Oczywiście pochodziły z za tej samej granicy… Mój Tata, człowiek postępowy i lubiący techniczne nowinki, któregoś dnia przyszedł do domu z pudełkiem, a w nim… Zenit TTL. Tym, co różniło ten aparat, od tych które używaliśmy do tej pory, była możliwość wymiany obiektywów i kadrowania przez obiektyw (TTL – Through The Lens). Mieliśmy co prawda tylko jeden obiektyw, ale można go było odkręcić od korpusu i zobaczyć jak zbudowany jest aparat w środku, jak porusza się lustro, dzięki któremu fotografujący patrzył przez obiektyw, a nie przez wizjer będący do tej pory oddzielnym układem optycznym. Można było zaobserwować jak pracuje migawka. Obserwować, jak różne ustawienia zmieniają pracę przysłony i migawki. Zabawa była przednia. Zdjęcia nieporównywalnej jakości z moją pierwszą Vilią…

Zenit TTL
Zenit TTL

 

1984

W międzyczasie Tata sprzedał Zenita TTL z zyskiem za granicą i przed kolejnym wyjazdem kupił inny model – Zenit 11. Taki akurat był w sklepie. Praktycznie takie same parametry, trochę inna konstrukcja i pomiar światła z odczytem nie w wizjerze, lecz u góry aparatu. Niby gorsze rozwiązanie, ale według mnie zdjęcia zrobione tym aparatem były dużo lepszej jakości niż te jakie robiliśmy Zenitem TTL. Ot może po prostu kto inny ten aparat skręcał w fabryce i zrobił to lepiej… Nigdy się już nie dowiemy.

Zenit 11
Zenit 11

1986

Zenit 12 XP był kolejnym aparatem, który posiadałem. W sumie był to aparat taki sam jak poprzednie modele – TTL i 11. Właściwie jedyna różnica to światłomierz, który wymagał zasilania bateryjnego i widoczny był w postaci paska diodek w wizjerze. W tym czasie miałem do tego aparatu teleobiektyw obiektyw 135 mm, miech za pomocą którego mogłem wykonywać makrofotografie, a zabawa w fotografowanie często kończyła się w ciemni fotograficznej mojego liceum gdzie wraz z przyjacielem utrwalaliśmy nasze prace na papierze fotograficznym. Zaczynała się poważniejsza zabawa, niestety, któregoś roku zakończona przez złodziei…

Zenit 12 XP
Zenit 12 XP

1993

Po utracie całego sprzętu fotograficznego, w 1993 roku za zaoszczędzone kieszonkowe kupiłem najnowszy wtedy model Zenita – model 122. Przełomem było więcej plastiku, oraz bagnetowe mocowanie obiektywu. Wszystkie te radzieckie aparaty z serii Zenit były strasznie ciężkie i kanciaste. Wyprawy w góry to był istny horror, który kończył się siniakami w tych miejscach, na wysokości których zwisał aparat z mojej szyi czy ramienia.

Zenit 122
Zenit 122

1998

Po rozpoczęciu pracy, gdy odłożyłem już trochę gotówki, przyszedł czas na zmianę aparatu. Potrzebowałem czegoś lżejszego i bardziej wszechstronnego. Były to czasy, kiedy kilku producentów wprowadziło standard APS (Advanced Photo System). Było to ciekawe rozwiązanie pozwalające na produkcję mniejszych aparatów. Film montowany w takim aparacie był nieco węższy niż standardowy wówczas format małoobrakzowy, miał 40 klatek (zamiast 36), pozwalał na wykonywanie zdjęć w trzech formatach: C-P-H. Zdjęcie C (Classic) miało proporcje boków 2:3, Zdjęcie P (Panoramic) było długie i miało proporcje boków 3:1, zaś zdjęcie w formacie H (High Definition) miało proporcje boków znane do dzisiaj – 16:9. Zdjęcia tymi aparatami były rejestrowane jako pełna klatka w formacie H, zaś zdjęcia C i P były wycinkiem tej klatki. Informacja, o formacie w jakim należy wywołać dane zdjęcie, była zapisywana magnetycznie na kliszy. Co ciekawe, oprócz formatu zdjęć aparaty zapisywały również parametry ekspozycji, datę itp. Te informacje mogły być potem drukowane na odwrocie odbitki – świetne do nauki fotografowania i nie tylko!

Pierwszym moim aparatem po sprzedaży Zenita był Olympus Centurion wykorzystujący właśnie klisze w standardzie APS. Mały, lekki, duży zoom, automatyczny – świetny! Nie pofotografowałem nim zbyt długo, gdyż dwa miesiące po jego zakupie, będąc w Norwegii i zaczepiony przez podnieconego przechodnia, sprzedałem mu ten aparat za chyba trzykrotną cenę jego zakupu… Jak to mówił Borat: „Great success”. 😉

Olympus Centurion
Olympus Centurion

1999

Po powrocie do kraju wiedziałem już jaki aparat kupię i… miałem w końcu na niego pieniądze! Nikon Pronea 600i. Olympus był świetny, ale okazji nie mogłem przepuścić i sprzedałem go z dużym zyskiem. Pronea to była inna jakość. Korpus również na filmy APS, ale przy okazji wymiennej optyki posiadał właściwie wszystko o czym mogłem marzyć: dwa pokrętła sterujące, AF ze śledzeniem, wyzwalanie lampy przy tylnej kurtynie, mnóstwo opcji, ogromny piękny wyświetlacz zajmujący prawie całą tylną ściankę aparatu, bardzo dobrze rozwiązane wybieranie opcji z menu i ustawianie parametrów. Kupiłem ten korpus, by mieć w przyszłości możliwość dokupienia innych obiektywów, do różnorakich zastosowań jakie miałem w planie…. Plany te jednak nigdy się nie ziściły gdyż… nastąpiła era fotografii cyfrowej o jakości, która zaczynała mnie zadowalać.

Nikon Pronea 600i
Nikon Pronea 600i

2001

Moim pierwszym aparatem cyfrowym był Sony DSC-F707. Genialny aparat, którego w mojej rodzinie używamy do dziś. Daje sobie doskonale radę, nawet bateria po tych 12 latach wciąż działa! Aparat ten nafaszerowany jest różnymi bajerami, z których najciekawszym była możliwość wyłączenia filtra podczerwieni i robienie zdjęcia lub kadrowanie w całkowitych ciemnościach, oraz świetny system ustawiania ostrości ze wspomaganiem laserowym. Dodajmy do tego jeszcze doskonały obiektyw, z bardzo dobrym trybem macro i przetwornikiem jak na ówczesne czasy z  bardzo dużą rozdzielczością – 5 MPix. To, co wyróżniało ten aparat z tłumu, to jego budowa. Coś niesamowitego jak wygodne rozwiązanie wymyślili japońscy inżynierowie pod przewodnictwem „nieprzypenianego” managementu. Aparatem tym poczyniłem niesamowity postęp w rozwoju moich umiejętności fotografowania.

Sony DSC-F707
Sony DSC-F707

2005

DSC-F707 był tak dobry, że w 2005 roku kupiłem kieszonkową jego wersję Sony DSC-V1, która posiadała wszystkie funkcje F707 z mniejszym zakresem zoomu. Do dziś fotografuje nim mój syn. Wadą tego aparatu była strasznie słaba bateria, wystarczająca na zrobienie ledwo około 200 zdjęć. Jak na obecne czasy jest to aparat bardzo gruby i do tego ma maleńki ekranik. No, ale taka to była technika w tamtych czasach.

 

Sony DSC-V1
Sony DSC-V1

2007

Chciałem więcej i lepiej… po sześciu latach używania F707 przyszedł czas na zmianę. Tym bardziej, że nadarzyła się niebywała okazja – aparat o którym marzyłem jako kolejny nabytek, wycofywano już ze sklepów, bo czas jego marketingowego życia się skończył. Za około 1/3 ceny początkowej kupiłem nowiutki, genialny Sony DSC-R1. Flagowy hybrydowy aparat tamtych czasów firmy Sony. Wolałem aparaty hybrydowe – czyli takie, pomiędzy – tzw. „małpką”, a lustrzanką cyfrową (DSLR). Wolałem, bo cały ten koncept lustrzankowy był dla mnie jakimś takim Frankensteinem XXI wieku. Do konceptu z lat ’50-tych XX wieku zamiast filmu wsadzono przetwornik i udawano, że to tak ma być. Dla mnie to było ograniczające, patrzenie przez szkiełko, gdy można przez ekran, na którym można wyświetlić wszystko to, czego normalnie przez optyczny wizjer nie widać – ot choćby podgląd balansu bieli, podgląd ekspozycji, wzmocnienie obrazu w przypadku ciemnych scen, widok zdjęcia przy długich czasach itp. Do tego lustrzanki cyfrowe były strasznie drogie! To co wyróżniało Sony R1 to jego bardzo duża (rozmiarowo 21,4 x 14,4 mm) matryca o rozdzielczości 10 Mpix, pozwalająca na piękne rozmycie tła. Aparat wyposażony był w doskonały, bardzo jasny obiektyw, o genialnym zakresie uniwersalnego zooma (odpowiadającego zakresowi 24-120 mm dla filmu małoobrazkowego). I to wszystko przy światłosile f/2.8-4.8!!! Szczerze powiem – choć sprzedałem go za prawie tyle za ile go kupiłem, to żałuję, że to zrobiłem. Zdjęcia nim wykonane miały wyjątkową jakość. Miał ten aparat jednak kilka wad: miał dość wolny AF, był bardzo ciężki (1 kg) i wielki. Noszenie go w ręku na górskich szlakach kończyło się bólem nadgarstka, noszenie na plecach kończyło się bólem kręgosłupa… To i nadciągająca rewolucja przeważyło szalę…

Sony DSC-R1

Sony DSC-R1

2009

Przypadkiem zupełnie będąc w Saturnie na stoisku fotograficznym, trafiłem na gablotę z aparatami firmy Panasonic. Znajdował się tam malutki aparacik – Panasonic DMC-G1. Wyglądał jak mała lustrzanka, miał wymienne obiektywy i… nie miał lustra, ale tego jeszcze wtedy nie wiedziałem. Zdziwiła mnie cena… dość niska jak na lustrzankę. Wziąłem go do ręki – na szczęście bateria była naładowana. Przeżyłem szok. Szybkość ustawiania ostrości w tym aparacie przerosła wszelkie moje oczekiwania. Wizjer był elektroniczny, a nie optyczny, do tego ruchomy ekran o pokaźnych rozmiarach jak na moje ówczesne pojmowanie ekranów w aparatach. Coś tu było nie tak… Po zdjęciu obiektywu okazało się, że nie ma lustra – to dzięki temu mógł być taki mały! Każdy kto uczył się chemii i zna teorię budowy atomu wie, że dzieci są tak szybkie jak elektrony, a może nawet i szybsze. Do tej pory, każdy aparat jaki posiadałem miał ogromny problem z ustawieniem ostrości na ganiających po placu zabaw dzieciach. Z czasem nauczyłem się omijać tą wadę, ostrząc z wyprzedzeniem i starając się przewidzieć, gdzie dziecko będzie się znajdowało, po czasie jaki upłynie od momentu naciśnięcia przycisku migawki, do momentu wykonania zdjęcia. Moje aparaty były po prostu zbyt wolne. Ten aparat miał szansę to zmienić! AF był tu piekielnie szybki! To był szok i szybka decyzja – sprzedaż R1 i zakup G1. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jest to aparat, który zapoczątkował rewolucję w fotografii cyfrowej. Moje marzenia o prawdziwie cyfrowym aparacie zaczęły się spełniać. Jakość cyfrowej lustrzanki zaczynała być dostępna w aparatach bez lustra! Wygodnych, małych, szybkich i piekielnie rozwojowych.

Panasonic DMC-G1

Panasonic DMC-G1

2011

Dokładnie w dniu moich okrągłych urodzin kupiłem kolejny flagowy i niedługo potem – kultowy, korpus firmy Panasonic – DMC-GH2. Od modelu G1, który był pierwszym tzw. bezlusterkowcem, czy kompaktowym aparatem systemowym (na dzień dzisiejszy nie ma jednoznacznej nazwy tych aparatów) różnił się wieloma cechami, choć z zewnątrz wyglądał prawie identycznie. Spośród wielu różnic, dla mnie ważne były następujące:

  • możliwość nagrywania sekwencji wideo – jak się później okazało w GH2 Panasonic zaimplementował jeden z najlepszych trybów filmowania dostępny wówczas na rynku, jakością dorównujący profesjonalnym kamerom filmowym. Dlatego też model GH2 przeszedł do historii jako aparat dla filmowców. Z tego co wiem, kilka filmów kinowych zostało nakręconych tym właśnie aparatem!
  • ulepszony przetwornik, który obiecywał lepszą jakość obrazu na wyższych wartościach czułości (ISO),
  • jeszcze szybszy AF
  • dotykowy ekran, dzięki czemu fotografowanie stało się jeszcze bardziej wyrafinowane (aparat np. potrafi ustawić ostrość w ułamku sekundy w miejscu kadru, który został dotknięty palcem na ekranie)

 

Panasonic DMC-GH2

Panasonic DMC-GH2

2013

Panasonica GH2 używałbym pewnie do dzisiaj (styczeń 2014) gdyby nie firma Olympus ze swoimi pomysłami… Co takiego ma w sobie E-M5, że zacząłem go używać jako podstawowego sprzętu?

  • jest ładny (no cóż, przyznaję, że jest to jedna z tych cech, o których nigdy bym nie pomyślał, że będzie taka ważna)
  • jest odporny na lekkie zachlapania
  • 5-osiowa stabilizacja obrazu – to jest coś, co przypieczętowało losy GH2 w moim przypadku, tylko ta jedna cecha sprawia, że mogę używać tańszych, niestabilizowanych obiektywów, w warunkach, o których do tej pory zaledwie mogłem pomarzyć, a co za tym idzie dużo łatwiej i taniej zbudować system obiektywów, które są najważniejszym elementem zestawu fotograficznego. Z tym korpusem mogłem swobodnie stosować genialnej jakości obiektywy Olympusa, nie martwiąc się o to, że zdjęcia wyjdą poruszone. Do tego zyskałem rzeczywiste 3-4 EV zysku, co przekłada się na możliwość fotografowania z czasami do 1 sek, trzymając aparat w ręku i zdjęcia wychodzą perfekcyjnie nieporuszone!
  • genialną funkcją aparatu jest ustawianie ostrości na wybrane oko postaci – to coś co niesamowicie ułatwia wykonywanie zdjęć portretowych

Co utraciłem? E-M5 jest też w wielu aspektach gorszy od GH2:

  • dużo wolniejsza obsługa, począwszy od czasu uruchomienia, po ustawianie parametrów ekspozycji
  • zauważalnie wolniejszy AF
  • bardzo ubogie funkcje wideo i bardzo słaby kodek, przez co jakość obrazu wideo jest dużo gorsza niż w przypadku Panasonica GH2, za to zyskałem możliwość kręcenia ujęć z ręki ze stabilizacją, co z kolei stanowi ogromną różnicę w terenie
  • dużo gorsza ergonomia (uchwyt, rozmieszczenie kontroli i przycisków)

Tak czy siak E-M5 jest obecnie w akcji i mimo, że Olympus wypuścił niedawno model E-M1, większy, z jeszcze doskonalszą stabilizacją i układem AF, to póki co, ulepszenia te nie są dla mnie warte różnicy w cenie.

 

Olympus OM-D E-M5

Olympus OM-D E-M5

Mimo, że ani szybkością, ani jakością video nie dorównuje on Panasonicowi GH-2, to dzięki jednej tylko właściwości praktycznie spowodował, że jest tym, który zabieram ze sobą. Mam na myśli genialny system stabilizacji, pozwalający wykonać ostre zdjęcie w ciężkich warunkach oświetleniowych, często nieużytecznych dla innych aparatów. Dzięki temu fotografowanie tym aparatem to czysta przyjemność. To co dodatkowo sprawia, że sięgam po ten aparat, to jego uszczelniany korpus odporny na deszcze i ciężkie warunki atmosferyczne.

2016

Panasonic DMC GM-1. Och to jest korpusik, który kupiłem na próbę, aby wyeliminować konieczność częstej zmiany obiektywów. Waży tyle co nic – 204 gramy z baterią i kartą pamięci. Jest to kręcący niesamowitej jakości filmy FullHD, robiący przepiękne zdjęcia, z migawką do 1/16 000 s., napakowany technologią kawałek niesamowitego sprzętu fotograficznego, który jest mniejszy niż moja dłoń (i to bez palców!). Pomyślałem, że  będzie to doskonała „zaślepka” na obiektyw, która czasami posłuży za aparat gdy nie będzie wygodnych warunków do zmiany obiektywu. I co? I test to tak genialny aparat, że wychodząc z domu mogłem go mieć ZAWSZE ze sobą. Z malutkimi obiektywami jest to aparat dający nieprawdopodobną radość z fotografowania. Bardzo polecam, tym bardziej, że można go obecnie kupić za dosłownie grosze.

Panasonic DMC GM1

 

2016

omd-em5mk2

Olympus OMD E-M5 mark II

Cóż, jest to młodszy brat OMD E-M5. Konstrukcja podobna do poprzednika, w której zmieszczono kilka nowych funkcji, dodano obrotowy ekran i polepszono tryb wideo. Radość z robienia zdjęć… to jest to, w czym ten aparat jest naprawdę rewelacyjny!

Zostaw Komentarz